|
| Author |
Message |
| < Sziny ~ FF z bloga. |
|
Posted:
Mon Dec 10, 2007 1:55 am
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
Pieprzony mylog. I przepraszam za wyrażenie. I to tutaj i to tam na dole, w ff'ie. xD
***
„Idioci jedni, nosz, kurna. ‘Idź pierwsza, jesteś nieśmiertelna.’ Ale czuję ból…” – myślała białowłosa, trzymając się ręką za rozległą, ranę ciętą, na brzuchu, która utrudniała jej nieco ruchy. Zaklęła w duchu, że też dała się tak wrobić…!
„Jak zwykle…”
Otarła krew, która poleciała z kącika ust i podniosła głowę, rozglądając się. Szła środkiem miasta, więc niemalże każdy przechodzeń przyglądał się jej, ale nie śmiał nawet zapytać, co się stało. Za dużo złych rzeczy pisano o niej w gazetach, tak też wyrobiła się jej opinia; miasto zbyt wielkie nie było, plotki rozchodziły się więc szybko. Stanowczo za szybko.
Różno oka uśmiechnęła się smutno do siebie, w oddali dostrzegła niewysokiego blondyna, kierującego się w jej stronę, a dokładniej, w stronę bazy. Pamiętała jeszcze te wszystkie ścieżki.
Odruchowo zakryła się kurtką, jeszcze szczelniej niż przedtem, by nie było widać rany, udało jej się, ale krew sączyła się coraz silniej, więc ukrycie zranienia stawało się coraz bardziej niemożliwe.
Ed spojrzał nań posępnie, nie zauważając najwidoczniej rany, ale tym razem, spojrzenie nie było już aż tak wrogie. Nawet bardziej smutne, z żalem.
- Jeśli masz się tak na mnie patrzeć, jeśli mam ryczeć na myśl o tobie, to mnie po prostu dobij, przecież umiesz. – szepnęła bezwyrazowo, przechodząc obok niego.
Żadne słowa wypowiedziane przez Azmarię nie zadziałały jeszcze aż ta dobitnie… Alchemik przełamał się w końcu i odezwał:
- Co ty w ogóle wygadujesz!? – złapał ją za rękę odwracając przodem do siebie. Te przetarła oczy jednym, szybkim ruchem dłoni.
- Proszę. I tyle. – szepnęła cicho, omijając wzrok blondyna.
- Myślisz, że mógłbym cię zabić…? Cholera, żartujesz? – szepnął, spuszczając głowę z niedowierzaniem.
- Skoro mnie nienawidzisz to… - zaczęła, ale złotooki jej przerwał.
- Jezu, Sziny, chciałbym móc cię nienawidzić. Mniej by bolało…, ale, kurna, nie umiem. Po prostu… nie umiem, nie ciebie. – wytłumaczył, ściszonym głosem. Saito schowała twarz w dłoniach, odsłaniając ranę, zapominając o niej. Kolejny raz nie wiedziała, co powiedzieć…
- O ja pierdolę…, co ci się stało…?
***
- Cholera, czemu Pein się na ciebie tak wkurzył? – zapytał Hidan, rozsiadając się wygodnie na kanapie, w pokoju Adelaide.
- Cóż… powiedziałam mu, co myślę o jego zachowaniu, wobec mnie. – wzruszyła obojętnie ramionami, przeciągając się delikatnie, poprawiając bluzkę.
- Odważna z ciebie osóbka. – stwierdził białowłosy, wzdychając odrobinę. Czarnowłosa uśmiechnęła się miło, skierowała się w stronę szafki i zaczęła trochę porządkować; wolała dokończyć to co zaczęła.
- Chodzisz jak… dobra, nie powiem kto, ale siadaj już! – rzekł Hidan, łapiąc bladoskórą za rękę i przyciągając do siebie, tak by usiadła na kanapie.
- Ej, no, ale muszę dokończyć to co zaczęłam… - szepnęła trochę zmieszana. Chłopak zbliżył swą twarz do jej twarzy, na dość ‘niebezpieczną’ odległość.
Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich…
- Pein! – pisnęła Aide rzecz oczywistą.
- Hidan, chodź no na słówko. – mruknął ponuro, mierząc przy tym Adelaide zimnym wzrokiem. Białowłosy uśmiechnął się w zakłopotaniu i wzdrygnął na samą myśl o tym co pomarańczowo oki mógłby mu zrobić. Po chwili drzwi zatrzasnęły się ponownie z niewyraźny, a zarazem niemiłym hukiem.
- Osz kurna… no to nieźle… - szepnęła zmieszana czarnowłosa, wpatrując się nadal w miejsce w którym znikli dwaj członkowie Akatsuki, z przeróżnymi uczuciami wypisanymi w czerwonej tęczówce.
***
- Pein… - szepnęła cicho czerwono oka, okazując coś w rodzaju skruchy, choć to nie było tak do końca to uczucie.
- Hę? – zapytał pomarańczowo oki, nie podnosząc nawet wzroku znad papierów. Jego głos brzmiał tak dziwnie odpychająco, jak nigdy przedtem. Był tak bardzo oschły i przenikliwy, że Aide przez chwile nie mogła pozbierać myśli, czy wypowiedzieć najkrótsze słowo.
- Cholera, no, przepro… - nei dokończyła, gdyż lider przerwał jej mniej więcej w połowie wypowiedzi:
- Jeśli tylko o to chodzi, możesz iść.
- Pein! Ale, wysłuchaj mnie, no! Bo ja już tak nie mogę, jak mnie na korytarzu omijasz i w ogóle… - żaliła się czarnowłosa, dosłownie ze łzami w oczach, których w ogóle nie powinno tam być. A może miałby być to tzw. płacz udawany?
- Ehe. – przewrócił oczami, opierając głowę o nadgarstek.
- nadgarstek nie płacz, bo nie masz powodu. A teraz już idź. – ostatnie słowo wypowiedział, niemalże syknięciem.
- A w ogóle, czemu tak ci zależy na wybaczeniu? – zapytał jeszcze, z ludzkiej ciekawości, jeśli człowiekiem można go nazwać.
- Bo cię kocham, idioto! Czy ty w ogóle nie zauważasz czyichś uczuć? – tym razem poczuła się zraniona.
Pokochała, a on tego nie docenił.
Chciała być kochana – on nie umiał tego okazać.
Obróciła się na pięcie, nim lider zdołał cokolwiek powiedzieć i wyszła z pomieszczenia, głośno trzaskając drzwiami. Pomarańczowo oki wpatrywał się przez chwilę w drzwi, za którymi znikła jego partnerka.
- I weź zrozum dziewczyny... <i>Impossible…</i> |
Last edited by Szin on Sat May 24, 2008 9:03 pm; edited 1 time in total |
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Wed Feb 20, 2008 2:26 pm
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
- Wiesz jaki jutro dzień? – zapytała Adelaide, wpatrując się wyczekująco w Peina, a w jej czerwonym oku dało się zauważyć małą, tańczącą iskierkę. Rudowłosy układał dokumenty, nie zerkając nawet na nią.
- 14 luty. – powiedział w końcu chłodno. Aide otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale lider przerwał jej:
- Nie uznaję świąt.
- Ale Pein! Walentynki to nie święto! – powiedziała w końcu, podnosząc lekko ton głosu, a iskierka znikła nagle.
- Tym bardziej nie mam zamiaru się tym przejmować. – pomarańczowo oki wzruszył ramionami, i sięgnął po długopis.
- Mógłbyś być milszy, a zresztą, obiecałeś. – czarnowłosa mówiła ponuro, ale jej głos wydał się nieco smutny, wstała i skierowała się w stronę wyjścia, lider przerwał na chwile podpisywanie dokumentów i spojrzał na czerwono oką, wzdychając ponuro.
- Okej, okej, coś wymyślę. – burknął niechętnie i wrócił do papierkowej roboty. Na bladej twarzy Aide pojawił się niemy uśmiech, wyszła jednak z gabinetu, drzwi zamykając delikatnie, bezgłośnie.
- Tylko co by tu…? – szepnął, a raczej mruknął do siebie Pein, opierając głowę o nadgarstek. Rozejrzał się po gabinecie, a jego wzrok zatrzymał się na mapie, przeleciał wzrokiem po różnych miastach, szukając jakiegoś na literę S. „Okej, nieważne, mam czas.” – pomyślał, ułożył się wygodnie w fotelu i wrócił do układania i podpisywania dokumentów, swym fikuśnym podpisem. |
|
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Thu Feb 21, 2008 4:38 pm
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
- Hayate, czy pan czasami nie przesadza? – zapytała Sziny, krzywiąc się niemiło. – Dopiero co mi się część ran zagoiła! – dodała po chwili, ostrym tonem głosu.
- Uważaj na słowa, moja droga. – odpowiedział lodowato i przeszył ją tak okropnym wzrokiem, że nie mogła patrzeć w jego stronę.
- Generale, mam dość całego tego gówna! Odchodzę. – syknęła w końcu, stanowczo.
- Póki ja żyję – nie odejdziesz. – uśmiechnął się wrednie. Białowłosa z trudem stworzyła lodowy sztylet, w bazie używanie lodowych zdolności zabierało jej wiele sił, dodatkowe środki zabezpieczenia, przed buntem. Czarnowłosy westchnął tylko, wykonał kilka ruchów ręką, a ostrze broni białej wbiło się w dłoń różno okiej, przyszpilając ją do ściany.
- Szlag! – syknęła, krzywiąc się z bólu.
- Radź sobie sama, lodowa bronio. – powiedział Hayate, śmiejąc się wrednie, po tych słowach wyszedł z pomieszczenia, zamykając drzwi z mocnym trzaskiem.
- Skurwysyn jebany! – krzyknęła białowłosa.
- Iii jak się czujesz? – zapytał ciekawsko Deidara, przyglądając się bladoskórej dziewczynie o czarnych włosach. Czarnych niczym pióra posłańców piekieł, które przez ludzi nazywane były krukami.
- Za przeproszeniem, zajebiście. – uśmiechnęła się radośnie, rozprostowując lekko ręce.
- Uau, skąd ta nagła zmiana nastroju? – blondyn przekrzywił lekko głowę, uśmiechając się jednak radośnie.
- A, bo dobrze jest i w ogóle, dorwałam kogoś, kogo nienawidzę. – odpowiedziała, opierając głowę o nadgarstek.
- Ty to masz szczęście… - wtrącił się Itachi, który przysłuchiwał się rozmowie spoglądając w niebo. Adelaide zaśmiała się cicho, ale nagle zamarła, ogarnęło ją dziwne przeczucie, wiedziała, że stało się coś złego… z Az.
- Hę? Co jest? – zapytał niebiesko oki Dei, przyglądając się dziewczynie, nieco uważniej.
- Nie, nic, nic tylko… - w tym momencie zadzwonił telefon.
- Co ci się stało…? – zapytała Adelaide, przyglądając się siostrze. Noc była bezksiężycowa, panował więc mocny mrok, a jednak zauważyła bandaże, tkwiące na nielicznych ranach.
- Nasz kochany tatuś numer 2 mnie odwiedził… - burknęła młodsza z sióstr, spoglądając w bok.
- A to... – podniosła lekko dłoń, która owinięta była w zakrwawiony bandaż. – Odmowa Armii, na moje odejście.
- Mnie też ojciec odwiedził. – burknęła Adelaide, siadając na pniu jakiegoś ściętego drzewa.
- Widać. – oceniła białowłosa, wzdychając ponuro, wzrok skierowała na Pein’a, który obserwował obie siostry.
- Chciałam prosić cię… - zwróciła się do Aide, lecz po chwili poprawiła swoją wypowiedź. – Was o pomoc, w wybiciu Armii. – dokończyła, opierając się o drzewo. Zerknęła badawczo na Aide, która wpatrzona była w lidera błagalnym wzrokiem.
- Dobra, pomogę. – powiedział rudowłosy, bez większego namysłu. Czarnowłosa przekręciła lekko głowę, ze zdziwieniem wymalowanym na bladej twarz.
- Serio? – zapytała po chwili ciszy.
- Ehe, w końcu i tak mi zawadzają. – Pein wzruszył obojętnie ramionami. – Tylko plany budynku by się przydały. – zerknął stanowczo na młodszą z sióstr, co miało oznaczać „przynieś mi plany”. Az przytaknęła tylko i weszła na chwilę do domu, szukając pliku dokumentów.
- Myślałem już, że ta Armia się jej nigdy nie znudzi, wtedy to i ją bym zabić musiał. – pomarańczowo oki myślał na głos, a czerwono oka zerknęła nań niemalże karcąco.
- Nawet nie myśl o zabijaniu Azmarii. – dodała po chwili, a Pein westchnął ponuro.
Azmaria została wysłana przez Peina do biura gen. Hayate, zaś sam rudowłosy, wraz z czerwono oką Adelaide miał zając się wszystkimi, zaczynając od podziemi.
- Co cię sprowadza? – zapytał czarnowłosy, nie podnosząc wzroku na Azmarię, która w tym momencie zamroziła drzwi, bez najmniejszego problmu, odcinając tym samym jedyną drogę ucieczki.
- Jak ty to…? – zaczął, lecz wypowiedź zatrzymał, tuż po skierowaniu wzroku na nią. Nie była człowiekiem, specjalnie zamieniła się w hybrydę, do połowy, gdyż tylko wtedy mogła nad tym zapanować, ale to wystarczyło by mogła kontrolować lodowe moce, nie męcząc się przy tym.
- Zginiesz. – powiedziała zdławionym, melodyjnym głosem, nie zabrzmiało to więc jak pogróżka.
Hayate otrząsnął się ze zdziwienia, chwytając za ostrze, wypowiedział nieodpowiednie słowa:
- Widziałem już gorsze dziwolągi niż ty.
Pomieszczenie zostało doszczętnie zamrożone, na suficie wisiały ostre, lodowe sople, a temp. była minusowa, jak to bywało w przypadku obecności Sziny. Generał wydawał się nie być nawet poruszony, skoczył do ataku, a zrobił to tak szybko, że Az nie zdążyła zrobić uniku, ostrze wbiło się w ramię, czarnowłosy wyjął dwa mniejsze sztylety i przeszył nimi dłonie Az, dokładnie po środku, przez co straciła możliwość poruszania się (ja Greed w mandze), a kolejne uderzenia większej broni rozcinały skórę i tkankę mięśniową w losowych miejscach, jednak nic nie mogło się równać z bólem, który towarzyszył przebiciu brzucha; ostrze lekko zarysowało kamień filozoficzny, ale cierpienie temu towarzyszące było tak wielkie, że niebieskopióra hybryda zaskrzeczała głośno; była jak sparaliżowana. Hayate wbijał miecz coraz głębiej, aż w końcu przyszpilił Az do ściany. Z dzioba zaczęła ciec krew, hybryda zaczęła powoli wracać do normalnego stanu.
- I tak… się… nie poddam! – wykrztusiła, łapiąc za ostrze, które szybko zamroziła, tak, by lód dosięgną generała, udało się jej przemrozić jego ręce do miecza. Podniosła zamglony wzrok na sufit gdzie wisiały lodowe sople, teraz miała szansę…
- Myślisz, że tak mnie zabijesz? – zapytał drwiąco, cofając się energicznie, by wyrwać ostrze z rany białowłosej. Ta pokiwała tylko głową przecząco. Machnęła ręką, a wszystkie sople zaczęły spadać z sufitu. Hayate zorientował się trochę za późno; ogromny sopel przeszył jego brzuch, mniejsze zaś przyszpiliły jego ręce, jeden wbił się nawet w oczodół.
Generał umarł, przez durną chwilę nieuwagi; pewność siebie jest zgubna, Azmaria odzyskała wolność… ale po co trupowi wolność?
„Ja nie chcę umrzeć! Nie teraz…” – pomyślała rozpaczliwie, wypluwając krew, osunęła się powoli i upadła, w kałużę krwi. Po jej policzkach pociekły łzy, zabarwione na szkarłatny kolor.
- Pomocy…! – szepnęła zduszonym głosem, który był zaledwie niemym, rozpaczliwym szeptem.
- Cholera, to moja wina! Mogłam jej nie puszczać samej… - Adelaide kręciła się niespokojnie po szpitalnym korytarzu.
- Nie, Adelaide, to NIE jest twoja wina. – powiedział Ed, stawiając nacisk na jedno ze słów.
- Mogła być bardziej uważna… a tak to trzeba było wydawać kasę, na wynajęcie piętra jednego. – powiedział obojętnie Pein, a Aide i Ed, a także i Chrno, posłali mu niemiłe spojrzenia.
- No co? – zapytał zdziwiony lider, wzdychając w końcu obojętnie. – Okej, rozpaczajcie dalej. – dopowiedział po chwili.
- Okej, ciebie może jej los nie obchodzić… - zaczął fioletowowłosy. – Ale nas obchodzi. – dokończyła czarnowłosa, stając na chwilę, a Pein przewrócił obojętnie oczami. Czerwono oka, nie stanęła bynajmniej, by przyjrzeć się liderowi. Poczuła okropny, kłujący ból oka, a może nawet i mózgu, który powoli stawał się coraz większy, rozrywający.
„Wykończę cię, jeśli mi nie pomożesz… będziesz cierpieć, tak długo, jak będziesz się opierać. Przemyśl to.” – usłyszała dwugłos cienistego, co zabolało ją jeszcze bardziej, w tym momencie przestała kontaktować; była jakby w innym świecie. Świecie, w którym rządzi cierpienie, była jak sparaliżowana, ból zawładnął jej ciałem, na tyle mocno, że padła nieprzytomna.
„Cierpienie. Będziesz zdychać z bólu…”
Adelaide otworzyła oczy, lecz zamknęła je natychmiast, gdyż została oślepiona przez jasne światło, co spowodowało mdławy ból.
- Zgaście je… - szepnęła, stwierdzając odruchowo, że ktoś jest w tym pomieszczeniu. Jej prośba została wysłuchana, a Aide podniosła się, siadając i otwierając powoli oczy, raczej jedno, czerwone. Rozejrzała się dookoła, nie wykonując gwałtownych ruchów, zważając na ból głowy. „Mój pokój…” – stwierdziła w myślach, uspokajając się nieco.
- Pein…? – szepnęła, a rudowłosy usiadł na jej łóżku, spoglądając pytająco. Adelaide dostrzegła w jego oczach, co od ostatniego czasu zaczęło pojawiać się u niego częściej. Troska.
- Co się stało, i gdzie Az? – zadała powoli dwa pytania, jakby dla pewności, że lider ją usłyszy.
- Zemdlałaś, a twoja siostra w szpitalu leży. – odpowiedział spokojnie.
- A policja…? Nie złapie jej? – zapytała czarnowłosa, przejętym głosem.
- Mamy wynajęte piętro jedno, i nikt tam prawa wchodzić nie ma, więc małe prawdopodobieństwo, poza tym, Alchemicy się nią zająć chcą. – wyjaśnił dość wyczerpująco, opierając się o ścianę.
- Słucham? – przekrzywiła lekko głowę, trochę zbyt energicznie, co sprawiło jej lekki ból.
- Nieważne, odpoczywaj. – pogładził ją delikatnie po głowie ,wzdychając przy tym.
- Ale… - zaczęła czarnowłosa Adelaide.
- Żadnych „ale”. Wszystko jest pod kontrolą, a więc możesz się przespać. – przerwał jej rudowłosy, stawiając nacisk na jedno słowo. Czerwono oka westchnęła, poddając się jego woli – położyła się ostrożnie, i zamknęła oczy, by po chwili odpłynąć w krainę snów.
„Zniszczę cię… nie dam ci spokoju.” |
|
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Fri Feb 22, 2008 3:50 pm
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
- Nareszcie mnie wypuścili z tego szpitala! – uśmiechnęła się entuzjastycznie Sziny, spoglądając w stronę blondyna.
- Ehe, ale wiesz, teraz musimy iść do Roy’a. – powiedział z grymasem na twarzy, po wspomnieniu imienia Mustanga.
- A, tam, on fajny jest nawet. – uśmiech białowłosej nadal pozostawał szczery i serdeczny.
- Nie wierzę… - westchnął Ed. – Ty go lubisz? – dokończył z rezygnacją.
- Nawet bardzo. – odpowiedziała, zgodnie z prawdą, a złotooki spojrzał na nią dziwnie
- Ale ciebie i tak lubię najbardziej. – uśmiechnęła się słodko i pocałowała Elric’a w policzek. Edo uśmiechnął się radośnie, a na jego policzkach pojawił się rumieniec, jak za każdym razem.
- Ale i tak nie rozumiem, jak można go lubić…
***
- Pein! Festiwal będzie, w sobotę, mooogę iść? – zapytała Adelaide robiąc przesłodką minę, rudowłosy westchnął ponuro.
- Hm… - burknął, opierając głowę o nadgarstek. – Nope. – dokończył, uśmiechając się wrednie.
- Ej, no, nie bądź taki! – mówiła dalej czarnowłosa, siadając naprzeciwko.
- Aleś ty upierdliwa… - westchnął lider, bawiąc się długopisem, a raczej bazgrając coś na kartce.
- I będę jeszcze gorsza, dopóki nie pozwolisz mi iść! Ja chcę tylko pooglądać, trochę, no, proszę! – Adelaide starała się znaleźć jak najwięcej argumentów, co wcale nie było zbyt łatwym zadaniem.
- Cholera, chyba zbytnio ci popuszczam, ale nich ci będzie, idź. – powiedział w końcu, po krótkiej chwili ciszy, przewracając przy tym oczami.
- Dzięki! Kochany jesteś! – rzekła entuzjastycznie, nachylając się nad blatem i całując go w policzek.
- Wiem, jestem najlepszy. – odpowiedział, uśmiechając się triumfalnie. Czerwono oka, odwróciła się na pięcie i skierowała w stronę drzwi, pociągnęła za klamkę i wyszła, trzaskając nimi lekko.
- Te dziewczyny… - westchnął Pein, nie kończąc wypowiedzi.
***
Wielkie budynki, utrzymane w dawnym stylu japońskim, przyozdobione światełkami, lampionami, i innymi, niezliczonymi ozdobami. Czarne niebo, rozjaśnione blaskiem Księżyca w pełni, rozżarzone było licznymi gwiazdami. Na uliczkach wyłożonych kamiennymi płytami ustawione były stoiska, z najróżniejszymi rzeczami, na słupach powieszone były długie liny, do których przyczepiono kolejne egzemplarze różnokolorowych lampionów. Po całym terenie rozbrzmiewał gwar, muzyka, rozchodził się zapach ramenu, czy też ciasteczek, w każdym bądź razie – przeróżnych potraw, tych smaczniejszych i mniej zjadliwych. Część ludzi poprzebierana była w kimono, były też tzw. występy uliczne. Jednymi słowy, dzielnica Akumu ożyła, i wszyscy zapomnieli o strachu i bólu. Teraz, tej nocy, panowała radość i beztroska, całe życie mogłoby takie być. Mogłoby, ale nie jest, bo wtedy ludzie nie doceniali by tego wszystkiego.
Po zaludnionych uliczkach kręcili się Państwowi Alchemicy, a wśród nich była Azmaria, której od razu przydzielono to zadanie, oraz Ed, który z polecenia Roy’a miał ją przypilnować.
- Cholera, już pierwszego dnia, nawet nie całego, dostałam zadanie. – westchnęła ponuro białowłosa Azmaria, opierając się o jeden z słupów.
- No cóż, kiedyś już w Alchemikach byłaś, więc… wiesz, no. – dopowiedział blondyn, podając dziewczynie lody, o jej ulubionym smaku – waniliowym.
- Wiem, wiem… i dziękuję. – uśmiechnęła się dziewczyna, całując Ed’a lekko w policzek.
„Hm, ciekawe czy Aide przyjdzie… w końcu lubi, takie, o.” – pomyślała różno oka, spoglądając w gwieździste niebo.
- Sugoi, jednym słowem. – uśmiechnęła się Adelaide, siedząca na jednym z wyższych drzew; obserwowała wszystko z góry, z dość bliska. Pein westchnął tylko ponuro.
- Ta, super. – zironizował, siadając wygodnie na gałęzi. Czarnowłosa pokręciła tylko głową, wzdychając.
- Szkoda, że nie odczuwasz tego, tak jak ja. – powiedziała po dłuższej chwili. Zaczęła się rozglądać i wsłuchiwać we wszystkie odgłosy, ‘żywej’ nocy. Nagle pomyślała o tym, jak spędziła ostatni festiwal, z przyjaciółmi… zatęskniła za nimi i zaczęła się zastanawiać co teraz robią, czy są tam? Czy zostali w domu? Zapomnieli o niej? A może nadal nie mogą…? Jej oczy zaszkliły się lekko, otrząsnęła się, powinna zapomnieć o tamtym… teraz należy do zupełnie innego ‘świata.’ Należy do Akatsuki, nie do ‘zwyczajnych’ ludzi.
- Co się tak zamyśliłaś? – zapytał nagle rudowłosy, a Aide wzdrygnęła się lekko.
- E, nic, nic, o siostrze myślę. – skłamała, uśmiechając się w zakłopotaniu.
- Tam jest. – Pein wskazał na białowłosą dziewczynę, ubraną w mundur Państwowych Alchemików, trochę przyduży zresztą.
- O cholera… - powiedziała czerwono oka, wpatrując się uważniej.
- A to ci historia… - dodała po chwili z lekkim uśmieszkiem.
- Że Az wstąpi powrotem do kundli, to nawet ja nie pomyślałem. – skwitował pomarańczowo oki, opierając głowę o nadgarstek.
- No widzisz. |
|
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Mon Feb 25, 2008 6:45 pm
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
- Ne, Edo! Chodź popływać, woda ciepła jest i w ogóle, niedługo zachód słońca będzie! – krzyknęła białowłosa uśmiechając się szczerze.
- Nie, Winry? – tym razem skierowała się do blondynki, która leżała w wodzie, wywalona przez Az.
- Tya… - burknęła niemiło, spoglądając ponuro w stronę białowłosej.
- Nie dzięki, wolę tu zostać. – odpowiedział Ed, siedzący na kamieniu. Azmaria przekrzywiła lekko głowę i podbiegła, siadając obok blondyna. Przytuliła się do niego, mocząc przy tym lenią wodą.
- Ne… Edo, co jest? – zapytała, a uśmiech znikł z jej twarzy. Złotooki zerknął na nią, a jego źrenice drgały lekko. Blondynka przyglądała się temu z daleka, a w kącikach jej niebieskich oczu pojawiły się łzy. Kochała Ed’a, ale on pokochał tą… tą…
„Zaraz, ona jest przecież… homunkulusem!” – pomyślała, otwierając szerzej oczy, dopiero teraz skojarzyła ten znak, na brzuchu Saito.
- Nic… - odszepnął blondyn, a Az walnęła go ręką w ramię.
- Czy ty serio mi tak nie ufasz? – zapytała, mrużąc lekko oczy.
- Az… ale to serio nic takiego, rozmyślam tylko, o… Alu, kamieniu filozoficznym, śmierci matki… - wyszeptał, zaciskając lekko pięści.
- Kamień filozoficzny…? – zapytała, spoglądając na swój znak.
- Az, nawet nie myśl o tym! Wiesz jakbym się czuł, gdybym odzyskał wszystko kosztem ciebie…? – powiedział, dość ostrym tonem głosu. Białowłosa Azmaria westchnęła cicho i spojrzała na słońce, które powoli chowało się za horyzontem, przybierając czerwony, płomienny kolor.
- No… to nie myśl już o tym i chodź. – powiedziała zeskakując z kamienia, wtem po plaży rozniósł się pisk niebiesko okiej, Azmaria spojrzała w tamtym kierunku.
- Chimera!
***
- Adelaide, co ty sobie wyobrażasz! – krzyknął rudowłosy Pein, nie zwracając uwagi na stan, w jakim znajdowała się czarnowłosa. Kolejna kropla krwi skapnęła na ziemię, a za jej przykładem pociekło kilka łez.
- Wymykasz się, rozwalasz miasto… cholera, wiesz co się mogło stać, gdyby cię złapali!? – dopowiedział po chwili, ostrym tonem głosu. Aide stała, trzęsąc się lekko. Wpatrzona była w przestrzeń przed siebie, wyglądała nieobecnie..
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – zapytał po chwili, potrząsając nią lekko, ta pisnęła i złapała się za lewą część twarzy, która bolała ją teraz, przy najmniejszym nawet ruchu.
- Adelaide! – krzyknął lider, a czerwono oka, otworzyła usta, wdychając mocno powietrze.
- Zabij mnie. Chcę zginąć. – dwa zdania wypłynęły z jej ust , zabrzmiały niczym lament tysiąca dusz, skazanych na wieczne tułaczki.
- Słucham…? – zapytał Pein, uspokajając się, natychmiastowo.
- Ja bym cię miał zabić…? – dodał po chwili, już nieco ciszej.
- Tak. – zaczęła, spuszczając lekko głowę. – Zabij mnie. – dokończyła, wykrztuszając trochę krwi.
- Kurwa, co ty za idiotyzmy wygadujesz? – zaklął pomarańczowo oki, spoglądając na dziewczynę, z nieukrywanym zdziwieniem i ogromną troską, lecz to drugie uczucie, było już lepiej ukryte.
- Jestem dla ciebie utrapieniem, nieprawdaż…? Zabij mnie, a wszystko będzie okej. – powiedziała, chcąc podziałać na niego psychicznie, ale rudowłosy przytulił ją do siebie.
- Nie zabiję cię. – powiedział oschle.
- Sama nie mam odwagi, Pein, ja już nie wytrzymam! – wybuchła nagle, a łzy zaczęły lecieć jeszcze bardziej , co sprawiało jej jeszcze większy ból.
- Musisz żyć. – powiedział stanowczo lider.
- Boję się… - dopowiedziała cicho dziewczyna, a jej czerwone oko straciło swój blask, oznaczający iż ma jeszcze jakąś nadzieję. Straciła ją. Straciła wiarę, spokój…
***
Chimera przygniotła Saito, wbijając jej pazury, tuż ponad znakiem, wyglądało to tak, jakby chybiła przez przypadek. Źrenice dziewczyny pomniejszyły się, przez chwilę została sparaliżowana nieokreślonym bólem, jednak Edo odepchnął potwora od niej, być może, a raczej na pewno, ratując jej życie. Azmaria, podniosła się z pisaku, rękę trzymając na ranie.
- Edo…! Uciekaj! – krzyknęła przeraźliwie, ale blondyn nie słuchał, wiedział dobrze, że prawdziwym celem była białowłosa. Złoto oki zaczął przegrywać, gdyż jego protezy zostały uszkodzone. Chimera byłą silniejsza, niż ta, którą kiedyś pokonał, zbyt silna.
- Yamero! Yamero…! – dziewczyna stworzyła długą, lodowa broń, która nieco przypominała włócznię, lecz z większą ilością ostrzy. Nie zważając już na ranę, podbiegła do stworzenia, które zamachnęło się ogonem, odpychając ją.
- Kuso, Sziny! – krzyknął, co zdezorientowało go na chwilę, bestia rozpoczęła atak, nie dając złotookiemu chwili wytchnienia.
- Onore! – Azmaria złapała bestię za ogon, rozrywając go ostrzem lodowym, następnie użyła swoich mocy, zamrażając ją powoli od środka. Chimera ryknęła przeraźliwie, zastygając bez ruchu.
- Chikusho… Edo, baka! – szepnęła różno oka, ze łzami w oczach. Podeszła powoli do chłopaka, który leżał w kałuży krwi.
- Masaka… Edo, ty musisz żyć! – padła na kolana, tuż obok niego, a po jej policzkach zaczęły ciec łzy.
- Nie umieraj, błagam… - pisnęła przeraźliwie.
- Jezu, niemożliwe, niemożliwe… - usłyszała po chwili głos blondynki, która stanęła nieopodal, wpatrując się w chłopaka nieobecnym wzrokiem.
- Watashi kirai temae, Saito…! – krzyknęła po chwili, chowając twarz w rękach.
- Przepraszam, Az… - wyszeptał w końcu złotooki, otwierając wyblakłe oczy. Rękę położył na bladym policzku dziewczyny, zostawiając na nim krwawy ślad. Azmaria przytuliła się do niego mocno.
- Nie umrzesz, nie możesz! – krzyknęła, a wokół jej rąk pojawił się niebieskawy pył, z ran na nadgarstkach zaciekła ciec krew.
- Yamero, Az…! Dame yo! – wyszeptał chłopak, starając się odepchnąć od siebie różno oką, ta jednak dalej uleczała. Większe rany blondyna zanikały, pojawiając się na ciele białowłosej.
- Przestań! – krzyknął, gdy odzyskał siły i odepchnął dziewczynę od siebie, ta jednak zakończyła uleczanie. Winry obserwowała wszystko z boku.
Białowłosa oddychała ciężko, lecz uśmiechnęła się przepraszająco.
- Nie… martw się… ja i tak nie umrę…
***
Adelaide siedziała w pokoju. Nie jadła nic, piła dużo, przede wszystkim kawy, której nienawidziła jednak, i tyle samo napojów energetyzujących; nie chciała spać. Bała się usnąć. Bała się, że wtedy ten potwór… znów zawładnie nad nią. Przerażało ją to, był zbyt silny, mogłaby przez przypadek zabić kogoś bliskiego sobie, lub Az. Nie chciała tego. Wolała już umrzeć, a jednak bała się odebrać sobie życie. Nie mogła poprosić nikogo innego; nikt by tego nie zrobił. Pozostało jej więc tylko cierpienie. Jej psychika musiała znieść ogromny ból, podobnie jak i ciało. Wszystko odczuwała coraz mętniej, jakby w oddali, za mgłą. Czułą się jakby nie należał tu, do tego świata, jej osobowość zanikała, dokładnie tak, jak zaplanował to sobie cienisty.
Męczył ją coraz bardziej, chciał doprowadzić do granicy szaleństwa, wytrzymałości. Ale nie mógł dopuścić do śmierci. Nadal nad nim panowała, byłą jedynym sposobem na przedostanie się do świata ludzi. Bramą.
„Nie osiągniesz niczego, bez poświęcenia czegoś o równo wartej wartości. Takie są zasady równo wartej wymiany.” – tak brzmiała podstawowa zasada alchemii. Nikt nie uzyska niczego bez utraty czegoś innego. Cienisty nie mógł odzyskać wolności, bez poświęcenia Adelaide, tak więc zasada ta stosowała się też i do tego wypadku. Tyle tylko, że cienisty nie straci nic cennego, nie był z nią związany… chyba. Sam wiedział tylko jedno, wiedział, że ponad wszystko pragnie wolności, pragnie nieograniczonego zabijania, czegoś, czego nigdy nie zasmakował. To jak wołanie więźnia o pomoc, której nie może otrzymać, więc bierze wszystko w swoje ręce.
Ktoś wszedł do przyciemnionego pomieszczenia i zasiadł naprzeciwko dziewczyny, stawiając obiad na stole.
- Jedz. – rzekł chłodno Pein, lecz w głosie tym ukryte było poważne zmartwienie. Tak, martwił się o Adelaide, tak, jak nigdy.
Miłość wiąże się z pozytywnymi, ale także i z negatywnymi uczuciami.
Boli, gdy nie ma jej przy mnie.
Boli, gdy cierpi.
Boli, gdy płacze.
Cierpię, kiedy prosi o śmierć.
- Nie chcę… - wyszeptała ochrypłym głosem.
- Jedz. – powiedział pomarańczowo oki, dość ostrym tonem. Aide pokręciła głową przecząco.
- Proszę, jedz. – dodał po chwili, poprzedzając głębokim westchnięciem. Czerwono oka zerknęła na niego z zaskoczeniem. Pierwszy raz nie wydał polecenia, lecz… poprosił.
- Wyglądasz marnie, więc zjedz coś. – nalegał dalej, aż w końcu bladoskóra przysunęła do siebie talerz i zaczęła powolną konsumpcję.
- Nie zabijesz się, prawda? – zapytał nagle Pein, a czerwono oka zerknęła na niego. Zamyśliła się na chwilę i pokiwała lekko głową, przecząco. Lider westchnął, jakby z ulga. Wstał jednak po chwili i skierował się do wyjścia.
- Jakby co, to jestem w gabinecie swoim. – rzucił, zamykając drzwi. Po bladych policzkach Adelaide znów pociekły łzy, lecz w oczach znów pojawił się lekki blask.
„I po co ta nadzieja? I tak cię zniszczę.” – usłyszała, lecz postanowiła, że się nie podda. Nie może.
„Jeszcze i tak poprosisz o śmierć. Doprowadzę cię do szaleństwa!” – głos zamienił się w nieprzyjemne syknięcie, które spowodowało kłujący ból w lewym oku, na tyle mocny, że czarnowłosa skuliła się lekko, upuszczając widelec.
Słowniczek aka tłumaczenie:
Yamero! Yamero…! – Stój! Przestań…!
Kuso, Sziny! – Cholera, Sziny!
Chikusho… Edo, baka! – Kurwa mać, Edo, ty idioto…!
Masaka – niemożliwe.
Watashi kirai temae, Saito…! – I hate you, Saito…!
Yamero, Az…! Dame yo! – Stój (wiem, dziwnie brzmi), Az…! Przestań!
Ne, (…) – Hej, (…) |
Last edited by Szin on Sun May 25, 2008 10:13 pm; edited 1 time in total |
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Wed Feb 27, 2008 3:24 am
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
- Edo, śpisz…? – zapytała cicho białowłosa, blondyn nie odpowiedział, co było równoznaczne z przytaknięciem. Wstała powoli, a rana na brzuchu zabolała ją mocno, syknęła więc cicho. Gdy ból ustał, sięgnęła do plecaka, wyciągając z niego Mp4, którą udało się jej przemycić, gdyż akurat na to Izumi nie zezwoliła. Ze swoim sprzętem skierowała się w stronę plaży, weszła do wody i wspięła się na dość duży kamień. Zerknęła w stronę księżyca i włączyła pierwszą lepszą piosenkę, akurat wypadło na Tatu, duetu za którym nie przepadała, a jednak, dobrze śpiewało się ich piosenki. Właściwie ,nie przyszła tu dlatego, żeby pośpiwać, czasami po prostu… lubiła posiedzieć samotnie. Zresztą ogarnęło ją coś, czego zawsze nienawidziła – miała ochotę kogoś zabić. Ale nie mogła tego zrobić, ani teraz, ani na szkoleniu u Izumi.
„Moher looking at me, tell my what do you see? Yes, I lost my mind.” – wyśpiewała kolejne słowa, a w tym momencie ktoś położył jej rękę na ramieniu. Jednym ruchem dłoni wyjęła słuchawki z uszu i zarumieniła się mimowolnie, gdy dostrzegła Ed’a.
- Edo…? Od kiedy, ty…? – zapytała, a Ed przerwał jej wypowiedź.
- Nie wiedziałem, że tak ślicznie śpiewasz… - uśmiechnął się, a ta wbiła wzrok w ziemię.
- N… nie, wcale nie! – wydukała, spoglądając w końcu na niego. Rumieńce były widoczne nawet teraz, gdyż blada poświata księżyca oświetlała twarz dziewczyny.
- Nie lubisz, przy kimś śpiewać, nie? – zapytał chłopak, siadając obok niej. Ta pokiwała głową, na znak potwierdzenia.
- Edo idź się przespać, bo rano będziesz nieprzytomny. – rzekła w końcu, przeciągając się lekko, rana na brzuchu zabolała lekko, dając o sobie znać.
- Ale ja wolę posiedzieć z tobą! – odpowiedział blondyn, przytulając się lekko do białowłosej, a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Skoro chcesz. – szepnęła, kładąc głowę na ramieniu złotookiego.
- Z tobą zawsze. – skwitował, gładząc dziewczynę po włosach. Ta spojrzała na niego, a po chwili pocałowała delikatnie, lecz z pewną nutką namiętności, tym razem blondyn odwzajemnił pocałunek, a na jego policzkach pojawił się rumieniec, towarzyszący zawsze, nawet tym minimalnie wstydliwym chwilą…
***
- Adelaide, zbieraj się, idziemy na misję. – powiedział oschle Pein, przyglądając się ukradkiem dziewczynie.
- Długo mam czekać? – zapytał po chwili, gdy dziewczyna ledwo zdążyła wstać z fotela. Zignorowała pytanie.
- Myślisz, ze to dobry pomysł…?
- Tak. A teraz chodź. – skwitował krótko, czarnowłosa westchnęła więc lekko i podążyła posłusznie za liderem, miała jednak złe przeczucie. Oboje biegli przez las, a Aide czuła się jakoś nieswojo, Pein zadbał o nią należycie, a jednak…
- Ty idź w lewo, ja pójdę w prawo, tak będzie szybciej. – powiedział, gdy weszli, a raczej wtargnęli do jakiegoś budynku. Czerwono oka przytaknęła tylko, i skręciła w wyznaczony korytarz; biegła szybko i bezgłośnie, aż do chwili, gdy potknęła się o coś.
- Znowu się spotykamy… - usłyszała, gdy podniosła się lekko. – Ale tym razem niczego nie schrzanię. – dziwny trójgłos zamienił się w przenikliwe syknięcie. Dziewczyna odsunęła się bliżej ściany i chciała wykrzyczeć imię swojego chłopaka, ale słowa ugrzęzły jej gdzieś w środku gardła. Źrenice dziewczyny pomniejszyły się lekko, gdy dostrzegła trzy oczy cienistego.
- To na nic, złotko. Nie wezwiesz pomocy. – potwór wyszczerzył się chytrze i otoczył dziewczynę swoim dziwnym, mglistym ciałem.
- Zginiesz. – wyszczerzył się słodko i kpiąco, otaczając ją coraz ciaśniej.
- Nie! – dziewczyna wydobyła z siebie pojedynczy pisk, a cienisty wtargnął do środka jej ciała, opanowując ją całkowicie. Adelaide opierała się jeszcze, lecz było to praktycznie bezsensowne, nie miała aż tyle siły, a raczej, nie miała jej wystarczająco. Po korytarzu rozległ się dosłownie maniakalny śmiech potwora, zrodzonego z cienia, a ciało Adelaide… znów zamieniło się w coś o niemalże nieokreślonym, lecz zwierzęcym kształcie.
- Ty! – cienisty usłyszał wściekłe syknięcie Peina, który przybiegł, gdy usłyszał śmiech potwora, niestety, było już za późno. Doskoczył do potwora z kunai’em w ręku, uderzył niby w jego ciało, a jednak… cień rozstąpił się i broń walnęła w powietrze. – Szlag! - Cienisty pokazał liderowi swój obleśny język, po czym wyszczerzył dwa rzędy białych kłów.
- Bye, bye! – dopowiedział po chwili i rozpłynął się, zostawiając za sobą jedynie czarną smugę. Wszystko działo się tak szybko, ze Pein nie zdążył zareagować.
- No, ja pierdole! – zaklął cicho, a przekleństwo rozniosło się echem po pustym korytarzem.
***
- I znów tu trafiłaś… - Adelaide usłyszała, znany już sobie głos.
- … A miałam jakiś inny wybór…? – szepnęła, nie otwierając ust. Przynajmniej tak to wyglądało, bowiem ‘tu’ panowała ciemność absolutna, jakiej nie można osiągnąć praktycznie nigdzie.
- Mogłaś walczyć. – odpowiedział anielski, uspokajający głos.
- Nie miałam siły. – odszepnęła beznamiętnie, a jej głowę powoli opanowywał okropny ból.
- Ja jestem światłością. Ale to nie wystarczy. Musisz… - przemówienie urwało nagłe syknięcie, które przyprawiło czarnowłosą o jeszcze większy ból.
- Co muszę…? – pisnęła pytająco. Nie uzyskała odpowiedzi, została sama. Przynajmniej tu, teraz… Pustka, nicość, ciemność, istne piekło! Ale czy tam nie jest czasami lepiej?
„Chcę umrzeć.” – myśl ta nachodziła ją coraz częściej.
- Jeszcze nie teraz, złotko. – usłyszała ten okropny głos, który powodował nasilające się cierpienie. – Poczekaj na swoją kolej. – dodał po chwili, a ból stał się jeszcze bardziej nieznośny.
- Nienawidzę cię! – warknęła czerwono oka bezgłośnie.
- I to dodaje mi sił! – odpowiedział jej upierdliwy śmiech.
- Szlag by cię… - warknęła, ale cienisty przerwał jej nagle:
- Chcesz, by bolało jeszcze bardziej?
***
Azmaria siedziała cicho, wpatrzona w płomienie ogniska. Jej oczy błyszczały smutno, zresztą, wyraz twarzy wyrażał też tylko to jedno uczucie.
- Co jest…? – zapytał Ed, obejmując dziewczynę ramieniem.
- Dzieje się coś niedobrego… - zaczęła, a złotooki zerknął na nią pytająco, prosząc o coś bardziej szczegółowego.
- Adelaide. Coś z nią nie tak, czuje to. Zbyt wyraźnie… - mówiła coraz ciszej, a chłopak pocałował ją delikatnie w policzek.
- Miejmy nadzieje, ze to tylko złe przeczucia. – szepnął, gdyż były to jedyne pocieszające słowa, jakie przyszły mu w tej chwili na myśl.
- Mam nadzieję ,ze cię to nie urazi, ale cóż… Nadzieja matką głupich. – burknęła różno oka, odsuwając się lekko od FullMetal’a, który spojrzał na nią w zatroskaniu. |
|
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Thu Feb 28, 2008 2:00 am
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
- Cholera, tylko nie mów, że to jest Aide… - białowłosa wskazała na cienistego potwora, opuszczając bezradnie ręce.
- Nie. – odpowiedział sucho lider, a Az westchnęła z ulgą.
- Ona jest w środku. – dodał po chwili.
- To co ja mam zrobić…? – szepnęła różno oka, spoglądając wyczekująco na lidera.
- Idź, atakuj, szukaj słabego punktu. – rzekł Pein, bez większego zastanowienia. Azmaria przytaknęła tylko niechętnie i po chwili skoczyła, by znaleźć się przy potworze, jak najszybciej było to możliwe. „I jak zwykle, jestem kozłem ofiarnym.”
- No, no, kogo ja tu widzę! – zakpił trójoki potwór, siadając na mocno zniszczonym asfalcie.
- Nawet rodzinka się zleciała. – dodał po chwili, szczerząc się wrednie.
- Oddawaj moją siostrę! – warknęła białowłosa homunkulusa, tworząc lodowy sztylet.
- Wiesz, że jeśli mnie zaatakujesz, Adelaide może zginąć? – potwór przekrzywił ciekawsko łeb, a uśmiech zniknął z jego pyska. Różno oka przyjrzała mu się nieufnie, lecz w końcu siłą rzeczy odrzuciła lodową broń, która roztrzaskała się na małe elementy.
- Szlag by cię… - cienisty doskoczył do niej, atakując jedną z łap.
- Zła odpowiedź. – syknął niemiło, obracając się, uderzając tym samym ogonem w ciało białowłosej. Pein obserwował wszystko z pewnej odległości, gotowy, by wkroczyć do akcji, ale tylko w razie znalezienia słabego punktu, przynajmniej to jedno było dość przemyślane, bo gdyby zaatakował, Aide pewnie by zginęła.
Potwór atakował, a Saito unikała, na tyle zwinnie, na ile mogła, co nie wychodziło jej najlepiej. Raz udało jej się wykorzystać sytuację, gdy cienisty dotknął jej ramienia, przymroziła go wtedy. Cień przymrużył ślepia i syknął przejmująco, zamachując się drugą łapą, na tyle skutecznie, że przebił brzuch dziewczyny, praktycznie na wylot. Ta wrzasnęła przeraźliwie i skuliła się natychmiastowo, a z kącika ust pociekła krew.
***
- Co tam się dzieje…? – zapytała Adelaide, która ledwo co mogła ustać, przez wstrząsy, wywoływane gwałtownymi ruchami potwora.
- Zamknij się! – syknął, a w tym momencie czarnowłosa usłyszała krzyk swojej siostry.
- Az…? – szepnęła z niedowierzaniem, a jej źrenice pomniejszyły się.
- Szkoda, ze tego nie widzisz! Wspaniała agonia. – usłyszała trójgłos i zacisnęła mocno pięści. Coś jakby w niej pękło, opanował ją wprost nieziemski gniew.
- Dość tego! – wrzasnęła, stawiając kolejne kroki naprzód, aż w końcu natrafiła na coś, co przypominało ścianę, lecz było dość… lepkie. Zamachnęła się ręką, z której po chwili wyleciało ogromne ostrze, wbijając się w ciemną powłokę.
- Co ty wyprawiasz!? – zapytał cienisty, pojawiając się przed nią, lecz tym razem nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Wyciągnęła drugi sztylet i wbiła go w gardło potwora, który rozpłynął się, pozostawiając za sobą czarną smugę.
- Pożałujesz! – warknął, a Adelaide złapała oburącz, za ostrze wbite w czarną materię. Pociągnęła mocno, zapierając się ciałem, a po chwili do środka wdarła się oślepiająca smuga światła.
- Nie, cholera, nie! – wrzasnął przeraźliwie potwór, a Adelaide rozcięła powłokę na dwie części, wyskakując na porozbijany asfalt. Światło oślepiło ją ponownie, a po okolicy rozniósł się żałosny pisk. Cienisty zamienił się w czarną smugę, krążąc dookoła czarnowłosej Adelaide, po kilku bolesnych dla dziewczyny sekundach, zniknął we wnętrzu jej oka, a raczej, po drugiej stronie tego przerażającego, wyniszczonego świata cieni… Upadła na kolana, a po krótkiej chwili obok niej znalazł się rudowłosy lider, podnosząc czerwono oką.
- Idziemy. – warknął, ale Adelaide wyrwała mu się. Pein zerknął na nią z niemiłym wyrazem twarzy.
- A co z Az? – dziewczyna zaczęła się rozglądać, aż w końcu wzrokiem natrafiła na białowłosą, która stała, opierając się o ruiny jakiegoś budynku.
- Helou, siostra! – krzyknęła, kaszląc po chwili.
- Nie martw się, Edo zaraz przyjedzie po mnie, i policja… i w ogóle, zmiatajcie stąd! – dodała po chwili, mówiąc coraz ciszej.
- Ale…! – zaczęła Aide, ale Pein wykonał już kilka ruchów ręką.
Znikli, pozostawiając za sobą smugę dymu.
- Przekichane, nieraz mam… - wyszeptała do siebie Azmaria, opierając się o stojący nadal, kawałek budynku. |
|
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Sat Mar 01, 2008 12:47 am
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
no, nie wiem. Nie wiem czy wyszło, czy nie, no... xD'
- Phi, też miał powody do nerwów… - burknęła do siebie Adelaide, nieświadomie skręcając w jedną z ciemniejszych uliczek. Szła, ze spuszczoną głową, a dookoła robiło się coraz ciemniej. Przez plecy przeszedł ją mroźny dreszcz, zatrzymała się, rozglądając. Zacisnęła lekko pięści i cofnęła się o kilka kroków.
„Za ciemno!” – stwierdziła panicznie w myślach i odwróciła się, w przeciwną stronę.
- A dokąd to? – usłyszała dziwny głos, i spojrzała w jego stronę. Dostrzegła dość wysokiego mężczyznę, w stroju Państwowych Alchemików.
- Nie twoja sprawa. – burknęła niemiło, lekceważąc go, ruszyła do przodu. Nie zdążyła nawet zrobić kroku, a w jej ramieniu utkwiło srebrne ostrze, jednej z szabli. Pisnęła z bólu, gdy broń została wyjęta, naruszając ranę. Wszystko działo się zbyt szybko, podejrzanie szybko.
- Kim ty do diabła jesteś? – warknęła, jednym ruchem dłoni zdejmując opaskę, z nieukrywaną niechęcią. Otworzyła ‘zakażone’ oko, a obok niej od razu pojawiło się kilka cieni, które połączyły się w jednego, nieco większego, lecz podobnego do poprzedników. I to był błąd, gdyż Pride od razu zauważył, dzięki czemu dziewczyna może kontrolować stwory.
- Tym, czym twoja siostra. – wyszczerzył się szyderczo, opierając o jedną z szabli. Adelaide skinęła niepewnie na cień, który od razu przyszykował się do ataku. Westchnęła, jakby z ulgą, a homunkulus zaśmiał się cicho.
- Czyżby jakieś obawy, panienko? – w tej chwili cienisty ruszył do ataku. Pride nawet się nie poruszył, przynajmniej tak to wyglądało, a jednak, po chwili z cienia pozostała jedynie smuga dymu.
- Jak ty to…? – zapytała Adelaide, otwierając szerzej oczy. Marszałek ponownie się zaśmiał i zdjął przepaskę z oka, na którym znajdował się znak każdego z homunkulusów.
- Tak, jak ty masz te wszechmocne cienie… - wyjął szable z ziemi. – Tak i ja mam wszechmoce oko. – dodał po chwili, ruszając do ataku. Czarnowłosa Adelaide starała się unikać, na tyle, ile mogła, jednak Pride był zbyt szybki, rozcinał jej ciało z łatwością. Aide wydobyła ze swojej skóry losowe ostrze, trafiła na małe, lecz ostre, a co za tym idzie, zabójcze sztylety. Wbiła je w gardło homunkulus’a, który zaczął się krztusić. Wiedziała jak zabija się te istoty, ale nie wiedziała, gdzie u Pride’a znajduje się skupisko kamienia, nie mogła go więc zniszczyć. Po chwili dało się słyszeć brzdęk metalu, który wypadł z gardzieli mężczyzny.
- No, no, nieźle, ale to nie wystarczy, żeby mnie zabić. – wyszczerzył się niemiło, lecz zarazem kpiąco, a rany zrosły się od razu. Przystąpił do kolejnego ataku, a Aide próbowała wezwać kolejne cienie, które po chwili pojawiły się w jej świecie, było jednak o kilka sekund za późno… Ciszę okalającą mroczną dzielnicę opanował wrzask Adelaide, którą opanowała agonia. Czarne gawrony poderwały się do lotu, przestraszone przenikliwym jękiem, przepełnionym cierpieniem. Cienie znikły, wraz z pierwszym dźwiękiem wydobytym z gardła bladoskórej. Na ziemię skapnęło kilka kropel krwi, która zaczęła lecieć niewyraźną, ciemną strugą.
Pride wykorzystał chwilę, gdy Adelaide koncentrowała się na przywoływaniu stworów i ostrze swej białej broni wbił w ‘zakażone’ oko, przez co zerwane zostało połączenie z ‘tamtym światem’. Dziewczyna padła na kolana i zwinęła się w kulkę, ręką zakrywając zranione oko, ból był tak okropny, że nie zdołała już nawet wydobyć z siebie najcichszego dźwięku.
- Pozdrów swoją matkę, w zaświatach. – szepnął czarnowłosy kucając obok niej. Nie zdążyła zareagować, Pride wbił oba ostra w jej ciało, celując idealnie w serce, co spowodowało dość szybką, lecz nie można powiedzieć ,że bezbolesną, śmierć.
- Sayonara. – powiedział, wyjmując broń z charakterystycznym zgrzytem ocierającej się o siebie stali. Ciało Adelaide padło bezwładnie, a dookoła niej pojawiła się od razu kałuża ciepłej, lepkiej mazi.
„Robota skończona.” – pomyślał marszałek, otrzepując swą broń z krwi, następnie chowając ją do pokrowców.
- Nieźle to załatwiłeś. – stwierdziła Lust, która wyłoniła się z cienia, najwidoczniej obserwowała całe zajście. Pride posłał jej tylko wredny uśmieszek i odszedł powolnym krokiem ,w stronę bardziej pogodnej i ruchliwej ulicy. Czarnowłosa pomachała głową ze znudzeniem i ruszyła w ślad za marszałkiem. |
|
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Sun Mar 02, 2008 12:18 am
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
Przperaszam, no, ale nie wyszło. ;_; I to serio, tak, no!
I mało tego...
I w ogóle."
- Greed, chcesz tą nieśmiertelność, czy nie? – zapytała ponuro Lust, spoglądając niemiło na homunkulusa.
- No a jak! W końcu moje imię to Chciwość, nie? – zaśmiał się wrednie, opierając o jeden z budynków.
- Skoro tak tego pragniesz, to się weź do roboty! – dopowiedziała po chwili czarnowłosa, a jej ton głosu, choć ostry, nadal był spokojny.
- Tya, i jeszcze czego? – w tym momencie czerwono oka wydłużyła swe pazury, przeszywając Greed’a na wylot, paraliżując go.
- Idiotka! – wykrztusił zduszonym głosem.
- Zachowujecie się jak dzieci. – stwierdził Pride kończąc swoją część kręgu.
- Ludzie stają się coraz bardziej niespokojni, weźcie się więc do pracy. – dopowiedział po chwili, a Lust westchnęła tylko, wyjmując swe pazury z ciała Greed’a, który prychnął cicho w stronę czarnowłosej.
- No, dalej, bierz się do roboty. – czarnowłosy Pride zerknął znacząco na homunkulusa, który westchnął obojętnie, przewracając oczami.
- Okej, dziadku, na co te nerwy? – rzucił jeszcze, odchodząc w stronę północnej części wioski.
- Wkurzający jest. – burknęła Lust, a Pride zerknął na nią obojętnie.
- Skończyłaś już? – zapytał, a czerwono oka przytaknęła ruchem głowy.
- To lepiej stąd chodźmy, jak Azmaria przyjdzie, zrobi się nieprzyjemnie. – powiedział, a raczej polecił, czerwono oka, która nie lubiła zbytnio poleceń wysłuchała tym razem i ruszyła w ślad za Pychą.
***
- Którą wioskę wybrać? – zastanawiał się głośno Pein, przyglądając się ogromnej mapie. Zależało mu na tym, by kamień pozyskać jak najszybciej, wybrał więc tę, która znajdowała się dość blisko jego siedziby, ale nie na tyle, by wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia; doprowadzić do kryjówki. Złożył ręce i wykonał kilka ruchów, by po chwili znaleźć się w pobliżu wybranej wsi, a dokładniej na rozłożystym dębie. Ku jego zdziwieniu ktoś już próbował stworzyć kamień, a poznał to po znaku, który został wyryty w ziemi. Przyjrzał się nieco dokładniej i dostrzegł istoty odpowiedzialne za to wszystko.
„Homunkulusy.” – pomyślał, gdy dostrzegł dziwne znaki. Wyczytał o nich co nieco z dokumentów, które wykradł niedawno, zresztą, wiedział o nich już wcześniej, na przykładzie siostry Adelaide, Azmarii. Uśmiechnął się z lekkim zadowoleniem.
„Czyli nie muszę się męczyć.” – pomyślał, siadając wygodnie na gałęzi. Postanowił poczekać, a później odebrać homunkulusom kamień, co wcale nie musiało być zbyt trudne, na pewno nie dla niego. Nie wiedział jeszcze dokładnie, jak się go używa, w końcu do tego potrzebna była alchemia, po prostu wiedział, że musi wskrzesić Adelaide. Nikogo nie brakowało mu tak jak jej, choć bywała nieraz irytująca… kochał ją po prostu, a miłość jest silnie związana z bólem, tęsknotą, a uczuć tych lider nie zasmakował aż do tej pory. Na koniec pozostawił dla siebie coś specjalnego. Zemstę. Nie wiedział kto zabił Adelaide, ale to mu nie przeszkadzało, w końcu dowie się tego prędzej czy później i zabije owego osobnika, z nieukrywaną rozkoszą.
Ale… jeśli nie uda się jej wskrzesić? Tej myśli nawet do siebie nie dopuszczał, zostało mu jedynie oczekiwanie, na „dostawę” Kamienie Filozoficznego.
***
Azmaria zbiegła szybko po schodach, mijając po drodze Ed’a.
- Gdzie tak pędzisz? – zapytał, a ta rzucił szybko: - Roy ma dla mnie zadanie.
Wybiegła z domu, zatrzaskując za sobą drzwi, z niewyraźnym trzaskiem, sama nie wiedziała czemu się tak śpieszy, ale coś podpowiadało jej, głęboko w duszy, że to coś związane będzie z Adelaide, choć było to niemalże niemożliwe. Jednak… zaufała swojej intuicji. Po kilku minutach dotarła do miejsca, w którym umówiła się z czarnowłosym, a mianowicie do małego parku, znajdującego się przy stawie. Mustang czekał już na nią, i wskazał na samochód. Ta kiwnęła tylko głową i skierowała się w stronę pojazdu, siadając od strony pasażera. Po chwili na siedzeniu kierowcy pojawił się Roy.
- A więc słuchaj… - zaczął, kierując pojazd w stronę ulicy. – Zabieram cię do wioski, tam dostaniesz szczegółowe wytyczne. Sprawa jest bardzo pilna. – dokończył poważnym tonem, a Azmaria przytaknęła ponownie, tym razem przyglądając się mu nieufnie. To nie było w stylu Roy’a, nie ten ton, uśmieszek i zachowanie.
- Wyłącz telefon, jeśli masz go przy sobie. – polecił nagle, a Az zerknęła nań ze zdziwieniem.
- Po co? – zapytała dziwnym tonem, a Roy zerknął nań ostro.
- Okej, okej… - westchnęła, wyłączając komórkę i rzucając ją na tylne siedzenie. Nie odezwał się już słowem. „To nie jest Roy, a więc jednak…” – pomyślała, gdy nagle zatrzymali się gwałtownie.
- Wysiadaj. – powiedział czarnowłosy, stojąc już na zewnątrz. Ręką wskazał na wioskę, a z nieba zaczęły spadać słone krople deszczu.
- Ty nie jesteś Roy, nie? – zapytała, gdy przekroczyli próg wioski.
- Cholera, czemu ty musisz być taka spostrzegawcza? – zapytał Mustang, zamieniając się w zielonowłosego, a na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek.
- Gadaj co z Adelaide! – wrzasnęła, obracając się na pięcie, jednak Envyego już nie było.
- Zabiłem ją. – usłyszała głos czarnowłosego mężczyzny. Stanęła jak sparaliżowana. Uwierzyła od razu, gdyż homunkulusy nie obijały w bawełnę, jak to się często mówiło. Stanęła jak sparaliżowana, a do jej oczu napłynęły łzy… |
|
|
|
|
|
 |
|
Posted:
Sun Mar 02, 2008 3:20 am
|
|
|
Ice Queen
Joined: 31 Jul 2005
Posts: 7351
|
|
- Pein… - szepnęła cicho Az, opierając się ręką o budynek.
- Gdzie masz ciało Adelaide? – wyszeptała po chwili, wpatrując się przed siebie.
- Przynieść? – zapytał chłodno, a ta pokiwała znacząco. – Do tamtego budynku. – wskazała na jakiś opuszczony dom. Pein westchnął cicho, złączył dłonie i wykonał kilka ruchów, znikając po chwili. Białowłosa weszła do środka wskazanego wcześniej budynku. Stworzyła mały lodowy sztylet, i poderżnęła nim żyły, krwią rozpoczęła rysowanie kręgów, gdy powoli kończyła, obok niej pojawił się Pein.
- Połóż… ją… tu… - tym razem wskazała na krąg, rudowłosy położył ostrożnie ciało czarnowłosej na środku kręgu, znajdującego się na ziemi. Azmaria narysowała cztery kręgi na swoim ciele i zerknęła na lidera.
- Wyjdź, bo coś się schrzanić może.- wyszeptała jeszcze, a Pein, choć z nieukrywaną niechęcią, wykonał jej polecenie, wyszedł przed budynek, odchodząc jeszcze na kilka kroków, tak, dla pewności.
Azmaria uklękła przy ciele swej nieżywej siostry, a ręce położyła na krwawym znaku, znajdującym się na mostku. Całe pomieszczenie wypełniło się niebieskim, oślepiającym blaskiem…
***
- Adelaide? – szepnęła Sziny, stając przed otwartą bramą. Była pewna, że przed chwilą zobaczyła Prawdę… bolało cholernie, ale… gdzie jej siostra?
- Głupia! Jeszcze tu jesteś? – usłyszała znajomy głos, nieokreślonego stwora, o ludzkim kształcie.
- Gdzie dusza Adelaide? – zapytała głosem obojętnym.
- Na ziemi. – usłyszała w odpowiedzi, wtedy poczuła jeszcze gorszy ból, jakby coś wyrywało cząstkę jej ciała. Dookoła zrobiło się ciemno… zemdlała?
***
Adelaide wstała szybko z ziemi, trzęsąc się mocno. Ciemność… to ją przerażało. Bała się, strasznie się bała. Ale, co się stało…? Strach znikł natychmiast. Przecież umarła, zatraciła się, na czas, którego nie potrafiła określić. Przestała istnieć, a teraz…? Była w swoim ciele. Dotknęła lewego oka. Po ranie nie było śladu… oko było całe, widziała świat cieni, i swoje sługusy. Znów opanował ją lęk, przed wszechobecną ciemnością, oświetlaną jedynie małą lampą…
- Adelaide…? – zapytał Pein, a ta odwróciła się szybko, a niewyraźne światło lampy, znajdującej się nad nimi zamrugało, jakby ostrzegawczo. Rudowłosy przytulił dziewczynę do siebie, uśmiechając się szczerze. Wcale nie wrednie, czy złośliwie… po prostu radośnie.
- Az… to była Az, prawda…? – zapytała czerwono oka, chciała się rozejrzeć, ale lider na to nie pozwolił, nie chciał by zobaczyła nieprzytomną siostrę.
- Alchemicy już idą, zajmą się nią, a teraz idziemy! – lider wykonał kilka ruchów rękoma, zanim Aide postawiła jakiś opór. Znikli, zostawiając za sobą lekką smugę dymu.
***
Azmaria zerwała się szybko, zakrywając usta rękoma, tak jakby chroniła się przed odruchem wymiotnym. Rozejrzała się po lekko oświetlonym pomieszczeniu, które znajdowało się najprawdopodobniej w szpitalu. Zauważyła coś, czego się obawiała. Nie widziała nic, na lewe oko, ciemność, kompletna ciemność. „A więc taką cenę zapłaciłam… ciekawe co jeszcze.” – pomyślała, a po jej policzkach pociekły łzy.
- Azmaria! – usłyszała znajomy głos blondyna, który przytulił ją po chwili, a różno oka rozpłakała się jeszcze bardziej.
- Cholera… Az… myślałem, że się nigdy nie obudzisz… - wyszeptał, głaszcząc ją delikatnie.
- Co ty w ogóle… Jezu, jak, dlaczego…? – dodał po chwili chaotycznie, a jego oczy zabłyszczały smutno. Białowłosa alchemiczka nie była w stanie wydusić z siebie słowa, zamilkła. To wszystko… to było dla niej za dużo. Niebieskie oko straciło swój blask, a czerwone swą zdolność przetwarzania obrazów.
***
Adelaide siedziała w pokoju, wpatrując się przed siebie bezwyrazowo. Gdy zamykała oczy, przypominały się jej obrazy, które zobaczyła za tą bramą. Co to było? Tego nie wiedziała. Pamiętała jeszcze ciemność. Okropną ciemność, która napełniła ją strasznym lękiem. I… swoją siostrę. Jej zapłakaną twarz i to jak przepraszała.
„Ale to nie jej wina… i gdzie ona jest? Nie czuję już jej obecności, tak jakby… umarła.” – pomyślała Aide, zaciskając lekko pięści. W kącikach jej oczu nagromadziły się łzy.
Smutek wypełnił jej ciało i umysł bezgranicznie.
Lęk.
Lęk przed ciemnością, przed utratą siostry. |
|
|
|
|
|
 |
|
|
All times are GMT + 5.5 Hours |
|
You cannot post new topics in this forum You cannot reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot vote in polls in this forum
|
|